JA NA POZIOMIE DRUGIM
Jesteśmy blisko osiągnięcia
nieskazitelnej czystości i absolutnej poprawności, dzięki takim
ludziom jak pan Eugeniusz. Ja sam nie robię nic. Odbieram sygnał i
puszczam sprawę dalej, żeby się toczyła własnym biegiem.
Oczywiście podziękowania pocztą, ale to tylko formalność.
Uwielbiam taką wiadomość. Tygodniami mogę na nią czekać. Ten
czas wypełniają fałszywe alarmy. Alarmy! Bo ta jedna prawdziwa
jest spokojna, obliczona na skuteczność, wycyzelowana. Niestety
wciąż zdarzają się błędy w naszej encyklopedii. Nie literówki,
ale rzeczowe, a nawet liczbowe. Pocieszające jest tylko to, że z
każdym trafnym sygnałem jest ich coraz mniej. Kiedyś ta księga
będzie bez zarzutu. Idealna. Bezbłędna. Jest to możliwe. Wierzę
w to. Wierzę w to mocno.
JA NA POZIOMIE PIERWSZYM
To było jak dokonanie wielkiego
odkrycia. Z całą euforią, kiedy odpowiednie gruczoły wstrzykną
ci hormony nagrody i szczęścia, chociaż to mało adekwatny opis
tego co się czuje. Kto by pomyślał, że można się cieszyć z
błędu w encyklopedii. Nikt się z tego nie cieszy. Tylko jedna
osoba, która go znalazła. I ta świadomość, że takie rzeczy się
zdarzają. Świadomość, której wcześniej nie było. Tylu
profesorów tam siedzi, jeden na drugim. A może nikt tam nie siedzi,
tylko wszystko robione jest na wariackich papierach, i kopiują co
tam mają w bazach, i drukują. Tyle poprawionych wydań. Tyle
milionów korzystających. Przecież są wśród nich specjaliści z
różnych dziedzin. Wiedząc to, biorąc pod uwagę czas i
prawdopodobieństwo; jest zdumiewające, że tkwią tam dalej błędy,
jak igły w stogu siana.
JA NA POZIOMIE PIERWSZYM
To co robimy? Mały szantażyk? Powiem
wam gdzie macie błąd, a wy mi dacie stówkę. A może tysiąc. Nie,
za dumny jestem. To co, telewizja? Do „Ciekawych ludzi”. Nie, za
bardzo mnie telepie w takich sytuacjach. Brzemię sławy trzeba umieć
unieść. Zresztą nie będę robił złej reklamy być może
przyszłym pracodawcom. Na razie największą nagrodą musi pozostać
sam fakt dokonania tego.
JA NA POZIOMIE PIERWSZYM
Q! Drugi? Nigdy nie myślałem, że
przeżyję to jeszcze raz. O jak słodko. Jaki jestem genialny, nomen
omen. Pomyłka o rząd wielkości. Cudownie! Drugi wykryty błąd do
kolekcji. Pierwszy to była zła jednostka miary, a teraz to. Po
siedmiu latach. Zaczyna mi rosnąć apetyt. Może kiedyś jeszcze coś
znajdę. Mało prawdopodobne.
JA NA POZIOMIE PIERWSZYM
Odwalam czarną robotę w imię... nie
będę mówił nadaremnie. Gdy wróciłem zmęczony do domu poczułem
głód. Pojadłem sobie, głód pozostał. Pragnąłem czegoś co
mnie nasyci emocjonalnie. Bóg się odwdzięcza, ale w swoim czasie,
a ja Jego szantażowałem i wystawiałem na próbę teraz. Byłem
rozstrojony nerwowo. Krzyczałem w myślach: daj mi to teraz, za ten
dobry uczynek, teraz, natychmiast. Nasza encyklopedia ma 1435 stron.
Otwarłem ją w środku, i jeszcze przerzuciłem plik kartek. Jest!
Cud na żądanie. Wiem, że zdarzają się cuda z otwieraniem Pisma
Świętego, ale z encyklopedią? Mam to. Po dwóch latach od
ostatniego razu. Hat trick. Trzeci znaleziony błąd w encyklopedii.
Co za cudowne odprężenie. Dość. Już nie będę szukał. Trzeba
coś zostawić innym. Jeśli coś zostało.
JA NA POZIOMIE TRZECIM
To mi sprawiało przyjemność, gdy z
nudów czytałem encyklopedię na bezrobociu, ale nie teraz, gdy jest
to moja praca. Klątwą działu szukania błędów było to, że nikt
nigdy tam nic nie znalazł. No bez przesady. Klątwa nie zawsze
działa. Wykształcenie w jakiejś wąskiej dziedzinie plus lata
pracy o szczebel niżej przy odbieraniu sygnałów plus jeszcze
odrobina szczęścia, w sumie sporadycznie owocowały przypadkami
wykrycia błędów wcale niebłahych. Chociaż zamiast szczęścia,
przydałaby się raczej odrobina koncentracji.
JA NA POZIOMIE DRUGIM
Dziś otworzyłem wiadomość od
naszego starego znajomego, tego który nigdy nie miał racji, a nas
posądzał o pomyłkę. Podziękowania za sygnał i tak się należą.
Sprawdzenie – jak najbardziej. Ale w dzisiejszych szybkich czasach
kto raz stracił zaufanie, przeważnie już go nie odzyskuje. Może
kiedyś trafi, ale kto wtedy rzetelnie wszystko sprawdzi.
JA NA POZIOMIE TRZECIM
Rano obudził mnie płacz marcującego
się w czerwcu kota. Do złudzenia podobny był do pozostawionego pod
drzwiami noworodka. Mimo to zostałem w łóżku, przecież intelekt
dawał mi pewność, że to kot. Ale kiedy wychodziłem do pracy dwie
godziny później, pod drzwiami rzeczywiście leżał owinięty w coś
maleńki podrzutek. Szybki telefon na pogotowie, a potem formalności
z policją, rozwiązały całą sprawę do południa.
Chemik-zawsze-dobry-humorek śmiał się ze mnie, że taki geniusz na
europejską skalę (przytyk do mojego imienia), może do pracy
przychodzić o dowolnej porze. Mnie jako fizykowi bliżej było do
matematyka. To był dopiero oryginał. Był pitagorejczykiem o
chrześcijańskim odcieniu, pasjonatem tajemnic i poszukiwaczem
liczbowych osobliwości. On to znalazł ukryty sens liczby 153.
Liczby ryb, które wyłowili apostołowie po zmartwychwstaniu Pana.
Mnożąc od tyłu jednocyfrową przez dwucyfrową, czyli 3 * 51,
otrzymał z powrotem tą samą liczbę 153. Potem za pomocą prostego
programu w basicu, znalazł dwie pozostałe trzycyfrowe liczby o tej
własności, czyli 126 i 688. Potem od 1000 odjął je wszystkie i
otrzymał 33. Następnie stwierdził, że 153 może symbolizować
15-tego marca, a 126 analogicznie 12-tego czerwca, i 688 niby 6-tego
sierpnia, co już było naciągane. Dalej liczył, że od 15-tego
marca do 12-tego czerwca jest 89 dni, a od 15-tego marca do 6-tego
sierpnia jest 144 dni. I już miał liczby z pewnego znanego
matematykom ciągu, a co za tym idzie złotą proporcję 144/89.
Próbował jeszcze zapuścić się w Himalaje, gdzie ośmiotysięcznik
Nanga Parbat ma końcówkę 126, a Cho Oyu 153. Tylko nie wyszło mu
z 688. Nadawał się na guru sekty, ale był samotnikiem. Ja
patrzyłem na to z przymrużeniem oka, bo na przykład znając
odległości gwiazd od Ziemi, mierzone w latach świetlnych, można
było wyczarować każdą proporcję. Ale nie rzucę pierwszy w niego
kamieniem, bo sam miałem podobne zboczenia. Raz obiło mi się o
oczy, że 108 jest wyjątkową liczbą, bo (1^1)*(2^2)*(3^3)=108.
Pociągnąłem temat dalej i wyszło, że
(1^1)*(2^2)*(3^3)*(4^4)*(5^5) jest liczbą sekund tysiąca dni i
nocy.
JA NA POZIOMIE DRUGIM
O drogo do pracy i z pracy do domu.
Kosztujesz mnie więcej wysiłku niż sama praca. Dlaczego ja muszę
spotykać na przykład tego człowieka? Zaraz, jak właściwie on się
nazywa? Ale wie gdzie pracuję. To go skłania do popisywania się
przede mną wiedzą. Ciągle podaje mi jakieś informacje, jak bym
mało miał tego w pracy. Ja wiem swoje. Kto nie pytany, wykłada
wiedzę – mało wie. Kto zapytany, trafnie odpowiada – coś wie.
JA NA POZIOMIE TRZECIM
Ci nad nami ciągle szukają sposobów,
żebyśmy nie spali w pracy. Ja ze swojej strony posuwam się nawet
do tego, że sam siebie policzkuję, udając zabijanie komara.
Tęsknię za czasami, kiedy wykonywałem prozaiczną pracę nie
wymagającą uwagi, a po godzinach oddawałem się swojej pasji
naukowej. Wtedy miałem jakieś osiągnięcia, oczywiście w
subiektywnym mniemaniu. Teraz gdy to jest moja praca, owoców brak.
JA NA POZIOMIE DRUGIM
Zastanawiałem się dlaczego mogę
czytać książki, każda po 500 stron, jedna za drugą; a nie
potrafię wytrzymać 5 minut rozmowy z drugim człowiekiem. Doszedłem
do wniosku, że ci z którymi rozmawiam przeważnie coś chcą
osiągnąć. Gdybym siedział w parku i wymieniał z kimś złote
myśli, wtedy mógłbym robić to w nieskończoność. Czy ktoś
zastanawiał się, że do empatii jest potrzebna odpowiednia
przestrzeń, a nie tylko wnętrze człowieka. Trudno być empatycznym
wśród pierdzących samochodów i miasta skutego betonem, gdzie
wszyscy się spieszą. Ale wystarczy skrawek zieleni nawet w tym
mieście, a od razu pojawią się jakieś ludzkie odruchy. Znajoma
poprosiła mnie o pomoc. Mówiła: ty zawsze masz czas.
Odpowiedziałem: co ze mnie byłby za fizyk, gdybym nie umiał
wyprodukować sobie czasu. A w głębi serca dopowiedziałem: mam
czas dla każdego, tylko nie dla siebie. O sprawach damsko-męskich w
naszym gronie nie rozmawiało się. Nie był to temat tabu, ale nie
był to temat najważniejszy. Tylko chemik-zawsze-dobry-humorek miał
kobietę i ją chochlikował. A wracając do złotych myśli; jeśli
człowiek odpowie za każde próżne słowo kiedykolwiek
wypowiedziane, to co będzie z tymi napisanymi?
JA NA POZIOMIE TRZECIM
Nasz zespół uzupełniał jeszcze
technik pan Marian. Złota rączka na stanowisku administratora
budynku. Przynajmniej dawaliśmy mu odczuć, że należy do zespołu.
Potrafił przykręcić gniazdko elektryczne i zamocować uszkodzoną
dachówkę bez zarzutu. Ale próbował też naprawiać telewizory,
lodówki, pralki, a nawet komputery co nie wychodziło na zdrowie
wszystkim tym urządzeniom. Wkrótce jego zdolności znalazły
zastosowanie, kiedy ktoś z naszego ścisłego grona z wyższym
wykształceniem miał zepsuty sprzęt w domu. Po znajomości prosiło
się pana Mariana, by zerknął na to i owo, a po takich oględzinach,
już z czystym sumieniem można było kupować nowszy model. Potrafił
spaprać każde urządzenie; był specjalistą od dorzynania
elektroniki. Gdy szykował się nowy zakup sprzętu, a starego było
szkoda, mówiło się: on go naprawi. Wspominam o nim ze względu na
dalszą opowieść. Nasza złota rączka jeszcze się przyda.
JA NA POZIOMIE TRZECIM
Matematyka trzeba było nieraz wybudzać
z autystycznego zamyślenia. Ale co się dziwić. Był to człowiek
tego pokroju, że gdy patrzył na punkt, widział przekrój linii
biegnącej w kierunku patrzenia. Kiedy się wreszcie ocknął,
wyciągał łamigłówki, jak króliki z kapelusza. Oto jedna z tych
zagadek. Jeżeli budzik nakręcany na sprężynę stanął o godzinie
wpół do drugiej, to stanął o wpół do drugiej w nocy, czy o wpół
do drugiej w dzień? Jak to sprawdzić?
JA NA POZIOMIE TRZECIM
Jedyne co wytrącało z senności
pracowników działu szukania błędów, był dość prosty straszak,
że spadną szczebel niżej, do działu odbierania sygnałów. Kiedy
przełożeni byli surowi, my byliśmy ugotowani. Nikt nie chciał
sprawdzać tych nietrafionych posądzeń o pomyłkę, a jednocześnie
drżeć ze strachu, że pominie jedno to właściwe pojawiające się
bardzo rzadko. Było coś nie w porządku z motywacją i bodźcami
mającymi ją pobudzać. W sumie oparte to było na strachu, a nie na
ciekawości. A wiadomo, że jedno szkodzi pracy naukowej, a drugie
pomaga.
JA NA POZIOMIE TRZECIM
Śmiali się z pana Mariana, że jego
naprawy to czysty sadyzm, i że powinien mieć zakaz sądowy
rozkręcania sprzętu AGD i RTV. Mimo to, gdy
chemik-zawsze-dobry-humorek zastanawiał się nad starym komputerem
stacjonarnym, usłyszał radę: idź do technika, on go naprawi.
Kiedyś zapytałem pana Mariana, czy samochody też naprawia.
Pokręcił przecząco głową. Trudno, trzeba dalej jeździć starym.
JA NA POZIOMIE DRUGIM
Tym razem mamy trafne zgłoszenie.
Obowiązuje ścisła procedura postępowania w takich wypadkach. Po
konsultacjach z kilkoma niezależnymi ekspertami, i po sprawdzeniu
jeszcze raz badanego tematu w kilku różnych źródłach, i
zastosowaniu jeszcze jednej poufnej metody, zostanie sporządzony
protokół. Będzie zawierał dane kto i co wykrył, jakie zmiany
zostają wprowadzone w opisie hasła encyklopedycznego, oraz kto
bierze odpowiedzialność za zatwierdzenie poprawek.
JA NA POZIOMIE PIERWSZYM
Nikt mi tego nie odbierze. Będę
figurował w archiwach, jako wskazujący błąd w encyklopedii.
Oczywiście sławy nie zdobędę, bo firma nie będzie sobie robić
złej reklamy, przyznając się do (niewybaczalnych dla encyklopedii)
błędów. Ale dla wtajemniczonych i osób, które takie
wtajemniczenie w przyszłości będą uzyskiwać, będę niczym kłos
wystający nad łanem. Dziś przekonuję się, że znajdując błąd
w encyklopedii, dostaję się do niej. Nie jako sławny poeta,
naukowiec, sportowiec, ale kuchennymi drzwiami. Wiem, że to nie jest
współmierne. Wiem, że to brak skromności. Ale jestem tam obecny,
właśnie w takiej formie.
JA NA POZIOMIE PIERWSZYM
Przeklęte ołówki i długopisy. Nigdy
was nie ma. Ci co nie mają nic do napisania, mają ich pod
dostatkiem. A przed zapisaniem genialnej myśli, zawsze stoi złamany
rysik albo wypisany wkład. Przeklęte karteczki i kartoniki. Nigdy
was nie ma. Muszą wystarczać zmięte paragony sklepowe i beton z
kawałkiem cegły.
JA NA POZIOMIE DRUGIM
Mam już dosyć docinków dotyczących
wielkości mojej głowy. Nazywania mnie jak Indianina. Tak macie
rację; Wielka Głowa jest dzisiaj w złym humorze. Na głupie
pytanie: co trzeba robić, żeby mieć taką wielką głowę – mam
mądrą odpowiedź: trzeba dużo czytać i mało mówić. To na jakiś
czas im wystarczy. Będą chwilę cicho.
JA NA POZIOMIE TRZECIM
Zaczęliśmy podejrzewać pana Mariana
o specjalne psucie naprawianego sprzętu, hołdujące zasadzie, że
teraz mądrość nie polega na naprawianiu starego, a na kupowaniu
nowego. Ale zapewnił nas, że powodem jest pogarszający się wzrok
i dopadająca go niezgrabność. Pan Marian miał olbrzymi sejf z
elektronicznym zamkiem cyfrowym, w którym trzymał swoje narzędzia.
Na wytłumaczenie tego dziwactwa każdy dostawał od niego tylko
jedną odpowiedź; że w razie potrzeby lubi mieć narzędzia pod
ręką. Pedantycznie je układał, każde na swoim miejscu. To
pomogło mi sformułować zasadę bezczasu. Jeżeli elementy danego
układu będą zmieniać położenie, a następnie wszystkie przyjmą
te same położenia co w punkcie wyjścia, to w układzie tym nie
upłynął żaden czas. Tak, w średnim wieku człowiek łudzi się,
że znajdzie jakieś ogólne prawo, które rządzi światem. Potem
zdaje sobie sprawę, że musi zbierać szczegółowe reguły rządzące
fragmentami rzeczywistości. Nie tylko mnie inspirował ten sejf.
Matematykowi nie dawał spokoju otwierający go kod, który według
właściciela był czterocyfrową liczbą, która jako jedyna spośród
czterocyfrowych liczb miała pewną własność.
JA NA POZIOMIE TRZECIM
Widzę, że nierówności w strukturze
dnia pracy, są najlepszym odpoczynkiem. Kiedy masz zadaną do
sprawdzenia stronę tekstu na dzień, a pojawi się na jej połowie
rysunek, wtedy to jest najlepsze wytchnienie. Matematyk dopytywał
się, jak tam moje odkrycie. Moje odkrycie, opus magnum, zaiste było
wielkie. I nie chodzi tu o szukanie błędów w encyklopedii. To była
oddzielna sprawa. Chodzi o pewien przyczynek w dziedzinie fizyki.
Niestety nie odbiło się to szerokim echem w świecie. A do kolegi
śmiałem się, że moje odkrycie ma dwie poważne wady. Nie można
za jego pomocą wysadzić całej planety, i nie były wydawane
miliony dolarów na urządzenia z kolorowymi lampkami, które tak
bardzo lubimy. To chyba dlatego nikt nie interesował się moimi
pracami. Zresztą nie ma się co przejmować; może jest parę osób,
które potrafią zdobyć Nagrodę Nobla, ale mało kto potrafi ją
odebrać.
JA NA POZIOMIE TRZECIM
Nie odkryłem Ameryki, że matematycy
powinni się zająć humanistyką, a humaniści matematyką, i że to
by obu obozom wyszło na dobre. Tak też się stało, gdy zaczęliśmy
(my: matematyk, fizyk i chemik) gadać z humanistami. Zrobił się z
tego cyrk. Specjalistka od słowa, czyli od lania wody, twierdziła,
że matematyka jest tylko podzbiorem wytworów języka, a humanistyka
jest szersza i więcej obejmuje. Że cała literatura to gromadzenie
modeli zachowania człowieka i świata, które mogą się tak samo
przydać jak modele fizyczne. Babki nie można było przegadać, więc
frustrację przelaliśmy na historyka. Wmawialiśmy mu, że
przeszłością nie ma się co zajmować, a fizyk potrafi przewidywać
przyszłość, choćby w skrawku rzeczywistości. Ten na to odparł,
że to typowy punkt widzenia technokratów, i żebyśmy nie
zapominali kto jest nauczycielką życia.
JA NA POZIOMIE DRUGIM
Dziś do pracy wpadł matematyk z
okrzykiem eureka (był ubrany). „Zacofanie może przyczynić się
do rozwoju!”. To było to odkrycie. No tak, wszystko się zgadza.
Żeby się rozwijać, trzeba być wcześniej zacofanym. Tak sobie
kombinowała humanistka, bo chciała złagodzić ogólne zażenowanie.
Nie! Nie o to chodzi. Matematyk opowiedział, jak wczoraj musiał
ręcznie wykonać żmudną pracę, normalnie zmechanizowaną. Tak się
dotlenił, że po powrocie do domu natychmiast rozwiązał problem
nad którym bez powodzenia ślęczał przez pół roku. Czyli
zacofanie może przyczynić się do rozwoju.
JA NA POZIOMIE TRZECIM
Nasz matematyk przeniósł się
ostatnio do nowego mieszkania. Do luksusowej pustelni. Tak, bo
pustelnie nie tylko mogą być ascetyczne, ale także luksusowe. Tam
bez żony i dzieci, których nigdy nie miał, będzie oddawał się
swoim obliczeniom. Od tego momentu zarażał wszystkich w pracy
milczącym nastrojem, tak jak by chciał rozszerzać tę pustelnię
na jak największy obszar. Nie było mowy o parapetówce, on nie z
tych, chociaż w skrytości obchodził urodziny nalewki. Począwszy
od trzeciej rocznicy wyprodukowania tego trunku, co roku 9
października wypijał jeden kieliszek, aby sprawdzić jak się
starzeje, a była to nalewka z pigwy. Żeby jakoś uczcić tę
przeprowadzkę, humanistka palnęła mowę, a przy okazji głupotę.
Życzyła szczęścia, zdrowia i żeby nigdy nie zabrakło mu soli w
solniczce, i żeby nigdy nie zabrakło mu pieprzu w pieprzniczce, i
żeby nigdy nie zabrakło mu papryki w (i tu się pogubiła, i tu
przedobrzyła) papryczniczce. Po poczęstunku zostało 7 kawałków
ciasta. Żeby podzielić sprawiedliwie na nas trzech, musiałbym
przecinać jedno nożem, a były to kruche z masą, więc zadanie
niewykonalne. Rozdam równo: 2 dla matematyka, 2 dla chemika i 3 dla
siebie.
JA NA POZIOMIE TRZECIM
Pan Marian też miał coś w sobie. To
zrozumiałe, inaczej by u nas nie pracował. Kiedyś zagadnięty,
żeby powiedział coś o sobie, odparł: mam podstawowe potrzeby,
średnie wykształcenie i wyższe rachunki. On to ukuł sentencję,
że postęp widzi w rozwoju emocjonalnym, bo można mieć najnowszy
komputer, a wściekać się przy jego obsłudze. W jego ustach
nabierało to specjalnego znaczenia. Niestety pan Marian ciężko
zachorował. Wszyscy wtedy zawołali chórem: to do doktora Stasia,
on go wyleczy.
JA NA POZIOMIE DRUGIM
Do naszego grona dołączył jeszcze
informatyk. Był trochę pyszałkowaty, ale zasługiwał na to. Gdy
się go o coś zapytało, nie odpowiadał, dodawał jeszcze jedno
pytanie, tak że wydawało się, że wie coś więcej. Niechcący
chyba wygadał się, że najbardziej lubi ogrywać w szachy tych,
którzy mają piękne, drewniane, rzeźbione, drogie szachy. Nie
wiadomo było do końca, czy chodzi mu rzeczywiście tylko o grę,
czy jest to przenośnia.
JA NA POZIOMIE TRZECIM
Spięcie równa się spięcie. Jak ktoś
jest za bardzo spięty, to może dojść do spięcia z kimś innym. I
kiedy tak się spinałem pewnego dnia, matematyk zaproponował mi
odwiedziny jednego miejsca. Było to leśne rykowisko, gdzie za
drobną opłatą, można było na prywatnym terenie wyrzucić z
siebie całą nagromadzoną frustrację. Nigdy bym go nie podejrzewał
o korzystanie z takich usług. Tak, pod maską mistyka skrywał się
uśpiony wulkan. Gdy dotarliśmy na miejsce, właśnie schodził
jeden klient krzycząc: oddajcie mi moje życie, to nie jest moje
życie. Dopiero kiedy dojrzał nas we mgle, speszył się i przestał
krzyczeć. Ja też sobie ulżyłem i przyznaję rację; to pomaga.
Nazajutrz spotkałem się z ironicznym uśmieszkiem informatyka i
enigmatycznym zwrotem: pokażę ci coś lepszego. Była to firma
zajmująca się recyklingiem zużytego sprzętu komputerowego, a po
godzinach udostępniająca zaufanym klientom, salę w której mogli
do woli rozwalać młotkiem komputery. Obie formy terapii były
nielegalne, co jeszcze całej sprawie dodawało smaczku.
JA NA POZIOMIE TRZECIM
Prawdopodobieństwo, że się obudzisz,
jest proporcjonalne do ilości budzików, jakie nastawisz. A gdy już
dotrzesz do pracy, to się zaczyna karuzela rytuałów i rytualików.
Na przykład z tymi ciastkami to jest jakieś szaleństwo. Wiem, że
IQ zależy od poziomu cukru, ale teraz jem słodycze, jak mnich
buddyjski pożywienie; tylko gdy mnie ktoś poczęstuje. W końcu
trzeba zmieścić się w drzwiach przy wychodzeniu z pracy.
JA NA POZIOMIE CZWARTYM
Żeby wyłowić ze społeczeństwa
jednostki ponadprzeciętne, które mogą zasilić u nas kiedyś dział
szukania błędów, specjalnie umieszczam w naszej encyklopedii błędy
trudne do wykrycia. Nikt o tym nie wie, oprócz ścisłej grupy osób
niezbędnych do zapewnienia ciągłości. Teraz nie mam już żadnych
wątpliwości natury moralnej. Robię to dla dobra sprawy. Mam swoje
sposoby kontrolowanego utrzymywania tej mistyfikacji. Proceder
uprawiam w okresie świątecznym, kiedy jest najmniejsze
prawdopodobieństwo, że ktoś zauważy zmiany wprowadzane w opisie
encyklopedycznych haseł. Nasuwa się pytanie: co sprawia, że nikt
nawet nie pomyśli o szukaniu błędów w encyklopedii, dopóki sam
przez przypadek na taki się nie natknie? To ślepe zaufanie do
autorytetów i traktowanie słowa drukowanego, jak wyrocznię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.