sobota, 27 października 2018

opowiadanie paraboliczne


JA NA POZIOMIE DRUGIM

Jesteśmy blisko osiągnięcia nieskazitelnej czystości i absolutnej poprawności, dzięki takim ludziom jak pan Eugeniusz. Ja sam nie robię nic. Odbieram sygnał i puszczam sprawę dalej, żeby się toczyła własnym biegiem. Oczywiście podziękowania pocztą, ale to tylko formalność. Uwielbiam taką wiadomość. Tygodniami mogę na nią czekać. Ten czas wypełniają fałszywe alarmy. Alarmy! Bo ta jedna prawdziwa jest spokojna, obliczona na skuteczność, wycyzelowana. Niestety wciąż zdarzają się błędy w naszej encyklopedii. Nie literówki, ale rzeczowe, a nawet liczbowe. Pocieszające jest tylko to, że z każdym trafnym sygnałem jest ich coraz mniej. Kiedyś ta księga będzie bez zarzutu. Idealna. Bezbłędna. Jest to możliwe. Wierzę w to. Wierzę w to mocno.


JA NA POZIOMIE PIERWSZYM

To było jak dokonanie wielkiego odkrycia. Z całą euforią, kiedy odpowiednie gruczoły wstrzykną ci hormony nagrody i szczęścia, chociaż to mało adekwatny opis tego co się czuje. Kto by pomyślał, że można się cieszyć z błędu w encyklopedii. Nikt się z tego nie cieszy. Tylko jedna osoba, która go znalazła. I ta świadomość, że takie rzeczy się zdarzają. Świadomość, której wcześniej nie było. Tylu profesorów tam siedzi, jeden na drugim. A może nikt tam nie siedzi, tylko wszystko robione jest na wariackich papierach, i kopiują co tam mają w bazach, i drukują. Tyle poprawionych wydań. Tyle milionów korzystających. Przecież są wśród nich specjaliści z różnych dziedzin. Wiedząc to, biorąc pod uwagę czas i prawdopodobieństwo; jest zdumiewające, że tkwią tam dalej błędy, jak igły w stogu siana.


JA NA POZIOMIE PIERWSZYM

To co robimy? Mały szantażyk? Powiem wam gdzie macie błąd, a wy mi dacie stówkę. A może tysiąc. Nie, za dumny jestem. To co, telewizja? Do „Ciekawych ludzi”. Nie, za bardzo mnie telepie w takich sytuacjach. Brzemię sławy trzeba umieć unieść. Zresztą nie będę robił złej reklamy być może przyszłym pracodawcom. Na razie największą nagrodą musi pozostać sam fakt dokonania tego.


JA NA POZIOMIE PIERWSZYM

Q! Drugi? Nigdy nie myślałem, że przeżyję to jeszcze raz. O jak słodko. Jaki jestem genialny, nomen omen. Pomyłka o rząd wielkości. Cudownie! Drugi wykryty błąd do kolekcji. Pierwszy to była zła jednostka miary, a teraz to. Po siedmiu latach. Zaczyna mi rosnąć apetyt. Może kiedyś jeszcze coś znajdę. Mało prawdopodobne.


JA NA POZIOMIE PIERWSZYM

Odwalam czarną robotę w imię... nie będę mówił nadaremnie. Gdy wróciłem zmęczony do domu poczułem głód. Pojadłem sobie, głód pozostał. Pragnąłem czegoś co mnie nasyci emocjonalnie. Bóg się odwdzięcza, ale w swoim czasie, a ja Jego szantażowałem i wystawiałem na próbę teraz. Byłem rozstrojony nerwowo. Krzyczałem w myślach: daj mi to teraz, za ten dobry uczynek, teraz, natychmiast. Nasza encyklopedia ma 1435 stron. Otwarłem ją w środku, i jeszcze przerzuciłem plik kartek. Jest! Cud na żądanie. Wiem, że zdarzają się cuda z otwieraniem Pisma Świętego, ale z encyklopedią? Mam to. Po dwóch latach od ostatniego razu. Hat trick. Trzeci znaleziony błąd w encyklopedii. Co za cudowne odprężenie. Dość. Już nie będę szukał. Trzeba coś zostawić innym. Jeśli coś zostało.


JA NA POZIOMIE TRZECIM

To mi sprawiało przyjemność, gdy z nudów czytałem encyklopedię na bezrobociu, ale nie teraz, gdy jest to moja praca. Klątwą działu szukania błędów było to, że nikt nigdy tam nic nie znalazł. No bez przesady. Klątwa nie zawsze działa. Wykształcenie w jakiejś wąskiej dziedzinie plus lata pracy o szczebel niżej przy odbieraniu sygnałów plus jeszcze odrobina szczęścia, w sumie sporadycznie owocowały przypadkami wykrycia błędów wcale niebłahych. Chociaż zamiast szczęścia, przydałaby się raczej odrobina koncentracji.


JA NA POZIOMIE DRUGIM

Dziś otworzyłem wiadomość od naszego starego znajomego, tego który nigdy nie miał racji, a nas posądzał o pomyłkę. Podziękowania za sygnał i tak się należą. Sprawdzenie – jak najbardziej. Ale w dzisiejszych szybkich czasach kto raz stracił zaufanie, przeważnie już go nie odzyskuje. Może kiedyś trafi, ale kto wtedy rzetelnie wszystko sprawdzi.


JA NA POZIOMIE TRZECIM

Rano obudził mnie płacz marcującego się w czerwcu kota. Do złudzenia podobny był do pozostawionego pod drzwiami noworodka. Mimo to zostałem w łóżku, przecież intelekt dawał mi pewność, że to kot. Ale kiedy wychodziłem do pracy dwie godziny później, pod drzwiami rzeczywiście leżał owinięty w coś maleńki podrzutek. Szybki telefon na pogotowie, a potem formalności z policją, rozwiązały całą sprawę do południa. Chemik-zawsze-dobry-humorek śmiał się ze mnie, że taki geniusz na europejską skalę (przytyk do mojego imienia), może do pracy przychodzić o dowolnej porze. Mnie jako fizykowi bliżej było do matematyka. To był dopiero oryginał. Był pitagorejczykiem o chrześcijańskim odcieniu, pasjonatem tajemnic i poszukiwaczem liczbowych osobliwości. On to znalazł ukryty sens liczby 153. Liczby ryb, które wyłowili apostołowie po zmartwychwstaniu Pana. Mnożąc od tyłu jednocyfrową przez dwucyfrową, czyli 3 * 51, otrzymał z powrotem tą samą liczbę 153. Potem za pomocą prostego programu w basicu, znalazł dwie pozostałe trzycyfrowe liczby o tej własności, czyli 126 i 688. Potem od 1000 odjął je wszystkie i otrzymał 33. Następnie stwierdził, że 153 może symbolizować 15-tego marca, a 126 analogicznie 12-tego czerwca, i 688 niby 6-tego sierpnia, co już było naciągane. Dalej liczył, że od 15-tego marca do 12-tego czerwca jest 89 dni, a od 15-tego marca do 6-tego sierpnia jest 144 dni. I już miał liczby z pewnego znanego matematykom ciągu, a co za tym idzie złotą proporcję 144/89. Próbował jeszcze zapuścić się w Himalaje, gdzie ośmiotysięcznik Nanga Parbat ma końcówkę 126, a Cho Oyu 153. Tylko nie wyszło mu z 688. Nadawał się na guru sekty, ale był samotnikiem. Ja patrzyłem na to z przymrużeniem oka, bo na przykład znając odległości gwiazd od Ziemi, mierzone w latach świetlnych, można było wyczarować każdą proporcję. Ale nie rzucę pierwszy w niego kamieniem, bo sam miałem podobne zboczenia. Raz obiło mi się o oczy, że 108 jest wyjątkową liczbą, bo (1^1)*(2^2)*(3^3)=108. Pociągnąłem temat dalej i wyszło, że (1^1)*(2^2)*(3^3)*(4^4)*(5^5) jest liczbą sekund tysiąca dni i nocy.


JA NA POZIOMIE DRUGIM

O drogo do pracy i z pracy do domu. Kosztujesz mnie więcej wysiłku niż sama praca. Dlaczego ja muszę spotykać na przykład tego człowieka? Zaraz, jak właściwie on się nazywa? Ale wie gdzie pracuję. To go skłania do popisywania się przede mną wiedzą. Ciągle podaje mi jakieś informacje, jak bym mało miał tego w pracy. Ja wiem swoje. Kto nie pytany, wykłada wiedzę – mało wie. Kto zapytany, trafnie odpowiada – coś wie.


JA NA POZIOMIE TRZECIM

Ci nad nami ciągle szukają sposobów, żebyśmy nie spali w pracy. Ja ze swojej strony posuwam się nawet do tego, że sam siebie policzkuję, udając zabijanie komara. Tęsknię za czasami, kiedy wykonywałem prozaiczną pracę nie wymagającą uwagi, a po godzinach oddawałem się swojej pasji naukowej. Wtedy miałem jakieś osiągnięcia, oczywiście w subiektywnym mniemaniu. Teraz gdy to jest moja praca, owoców brak.


JA NA POZIOMIE DRUGIM

Zastanawiałem się dlaczego mogę czytać książki, każda po 500 stron, jedna za drugą; a nie potrafię wytrzymać 5 minut rozmowy z drugim człowiekiem. Doszedłem do wniosku, że ci z którymi rozmawiam przeważnie coś chcą osiągnąć. Gdybym siedział w parku i wymieniał z kimś złote myśli, wtedy mógłbym robić to w nieskończoność. Czy ktoś zastanawiał się, że do empatii jest potrzebna odpowiednia przestrzeń, a nie tylko wnętrze człowieka. Trudno być empatycznym wśród pierdzących samochodów i miasta skutego betonem, gdzie wszyscy się spieszą. Ale wystarczy skrawek zieleni nawet w tym mieście, a od razu pojawią się jakieś ludzkie odruchy. Znajoma poprosiła mnie o pomoc. Mówiła: ty zawsze masz czas. Odpowiedziałem: co ze mnie byłby za fizyk, gdybym nie umiał wyprodukować sobie czasu. A w głębi serca dopowiedziałem: mam czas dla każdego, tylko nie dla siebie. O sprawach damsko-męskich w naszym gronie nie rozmawiało się. Nie był to temat tabu, ale nie był to temat najważniejszy. Tylko chemik-zawsze-dobry-humorek miał kobietę i ją chochlikował. A wracając do złotych myśli; jeśli człowiek odpowie za każde próżne słowo kiedykolwiek wypowiedziane, to co będzie z tymi napisanymi?


JA NA POZIOMIE TRZECIM

Nasz zespół uzupełniał jeszcze technik pan Marian. Złota rączka na stanowisku administratora budynku. Przynajmniej dawaliśmy mu odczuć, że należy do zespołu. Potrafił przykręcić gniazdko elektryczne i zamocować uszkodzoną dachówkę bez zarzutu. Ale próbował też naprawiać telewizory, lodówki, pralki, a nawet komputery co nie wychodziło na zdrowie wszystkim tym urządzeniom. Wkrótce jego zdolności znalazły zastosowanie, kiedy ktoś z naszego ścisłego grona z wyższym wykształceniem miał zepsuty sprzęt w domu. Po znajomości prosiło się pana Mariana, by zerknął na to i owo, a po takich oględzinach, już z czystym sumieniem można było kupować nowszy model. Potrafił spaprać każde urządzenie; był specjalistą od dorzynania elektroniki. Gdy szykował się nowy zakup sprzętu, a starego było szkoda, mówiło się: on go naprawi. Wspominam o nim ze względu na dalszą opowieść. Nasza złota rączka jeszcze się przyda.


JA NA POZIOMIE TRZECIM

Matematyka trzeba było nieraz wybudzać z autystycznego zamyślenia. Ale co się dziwić. Był to człowiek tego pokroju, że gdy patrzył na punkt, widział przekrój linii biegnącej w kierunku patrzenia. Kiedy się wreszcie ocknął, wyciągał łamigłówki, jak króliki z kapelusza. Oto jedna z tych zagadek. Jeżeli budzik nakręcany na sprężynę stanął o godzinie wpół do drugiej, to stanął o wpół do drugiej w nocy, czy o wpół do drugiej w dzień? Jak to sprawdzić?


JA NA POZIOMIE TRZECIM

Jedyne co wytrącało z senności pracowników działu szukania błędów, był dość prosty straszak, że spadną szczebel niżej, do działu odbierania sygnałów. Kiedy przełożeni byli surowi, my byliśmy ugotowani. Nikt nie chciał sprawdzać tych nietrafionych posądzeń o pomyłkę, a jednocześnie drżeć ze strachu, że pominie jedno to właściwe pojawiające się bardzo rzadko. Było coś nie w porządku z motywacją i bodźcami mającymi ją pobudzać. W sumie oparte to było na strachu, a nie na ciekawości. A wiadomo, że jedno szkodzi pracy naukowej, a drugie pomaga.


JA NA POZIOMIE TRZECIM

Śmiali się z pana Mariana, że jego naprawy to czysty sadyzm, i że powinien mieć zakaz sądowy rozkręcania sprzętu AGD i RTV. Mimo to, gdy chemik-zawsze-dobry-humorek zastanawiał się nad starym komputerem stacjonarnym, usłyszał radę: idź do technika, on go naprawi. Kiedyś zapytałem pana Mariana, czy samochody też naprawia. Pokręcił przecząco głową. Trudno, trzeba dalej jeździć starym.


JA NA POZIOMIE DRUGIM

Tym razem mamy trafne zgłoszenie. Obowiązuje ścisła procedura postępowania w takich wypadkach. Po konsultacjach z kilkoma niezależnymi ekspertami, i po sprawdzeniu jeszcze raz badanego tematu w kilku różnych źródłach, i zastosowaniu jeszcze jednej poufnej metody, zostanie sporządzony protokół. Będzie zawierał dane kto i co wykrył, jakie zmiany zostają wprowadzone w opisie hasła encyklopedycznego, oraz kto bierze odpowiedzialność za zatwierdzenie poprawek.


JA NA POZIOMIE PIERWSZYM

Nikt mi tego nie odbierze. Będę figurował w archiwach, jako wskazujący błąd w encyklopedii. Oczywiście sławy nie zdobędę, bo firma nie będzie sobie robić złej reklamy, przyznając się do (niewybaczalnych dla encyklopedii) błędów. Ale dla wtajemniczonych i osób, które takie wtajemniczenie w przyszłości będą uzyskiwać, będę niczym kłos wystający nad łanem. Dziś przekonuję się, że znajdując błąd w encyklopedii, dostaję się do niej. Nie jako sławny poeta, naukowiec, sportowiec, ale kuchennymi drzwiami. Wiem, że to nie jest współmierne. Wiem, że to brak skromności. Ale jestem tam obecny, właśnie w takiej formie.


JA NA POZIOMIE PIERWSZYM

Przeklęte ołówki i długopisy. Nigdy was nie ma. Ci co nie mają nic do napisania, mają ich pod dostatkiem. A przed zapisaniem genialnej myśli, zawsze stoi złamany rysik albo wypisany wkład. Przeklęte karteczki i kartoniki. Nigdy was nie ma. Muszą wystarczać zmięte paragony sklepowe i beton z kawałkiem cegły.


JA NA POZIOMIE DRUGIM

Mam już dosyć docinków dotyczących wielkości mojej głowy. Nazywania mnie jak Indianina. Tak macie rację; Wielka Głowa jest dzisiaj w złym humorze. Na głupie pytanie: co trzeba robić, żeby mieć taką wielką głowę – mam mądrą odpowiedź: trzeba dużo czytać i mało mówić. To na jakiś czas im wystarczy. Będą chwilę cicho.


JA NA POZIOMIE TRZECIM

Zaczęliśmy podejrzewać pana Mariana o specjalne psucie naprawianego sprzętu, hołdujące zasadzie, że teraz mądrość nie polega na naprawianiu starego, a na kupowaniu nowego. Ale zapewnił nas, że powodem jest pogarszający się wzrok i dopadająca go niezgrabność. Pan Marian miał olbrzymi sejf z elektronicznym zamkiem cyfrowym, w którym trzymał swoje narzędzia. Na wytłumaczenie tego dziwactwa każdy dostawał od niego tylko jedną odpowiedź; że w razie potrzeby lubi mieć narzędzia pod ręką. Pedantycznie je układał, każde na swoim miejscu. To pomogło mi sformułować zasadę bezczasu. Jeżeli elementy danego układu będą zmieniać położenie, a następnie wszystkie przyjmą te same położenia co w punkcie wyjścia, to w układzie tym nie upłynął żaden czas. Tak, w średnim wieku człowiek łudzi się, że znajdzie jakieś ogólne prawo, które rządzi światem. Potem zdaje sobie sprawę, że musi zbierać szczegółowe reguły rządzące fragmentami rzeczywistości. Nie tylko mnie inspirował ten sejf. Matematykowi nie dawał spokoju otwierający go kod, który według właściciela był czterocyfrową liczbą, która jako jedyna spośród czterocyfrowych liczb miała pewną własność.


JA NA POZIOMIE TRZECIM

Widzę, że nierówności w strukturze dnia pracy, są najlepszym odpoczynkiem. Kiedy masz zadaną do sprawdzenia stronę tekstu na dzień, a pojawi się na jej połowie rysunek, wtedy to jest najlepsze wytchnienie. Matematyk dopytywał się, jak tam moje odkrycie. Moje odkrycie, opus magnum, zaiste było wielkie. I nie chodzi tu o szukanie błędów w encyklopedii. To była oddzielna sprawa. Chodzi o pewien przyczynek w dziedzinie fizyki. Niestety nie odbiło się to szerokim echem w świecie. A do kolegi śmiałem się, że moje odkrycie ma dwie poważne wady. Nie można za jego pomocą wysadzić całej planety, i nie były wydawane miliony dolarów na urządzenia z kolorowymi lampkami, które tak bardzo lubimy. To chyba dlatego nikt nie interesował się moimi pracami. Zresztą nie ma się co przejmować; może jest parę osób, które potrafią zdobyć Nagrodę Nobla, ale mało kto potrafi ją odebrać.


JA NA POZIOMIE TRZECIM

Nie odkryłem Ameryki, że matematycy powinni się zająć humanistyką, a humaniści matematyką, i że to by obu obozom wyszło na dobre. Tak też się stało, gdy zaczęliśmy (my: matematyk, fizyk i chemik) gadać z humanistami. Zrobił się z tego cyrk. Specjalistka od słowa, czyli od lania wody, twierdziła, że matematyka jest tylko podzbiorem wytworów języka, a humanistyka jest szersza i więcej obejmuje. Że cała literatura to gromadzenie modeli zachowania człowieka i świata, które mogą się tak samo przydać jak modele fizyczne. Babki nie można było przegadać, więc frustrację przelaliśmy na historyka. Wmawialiśmy mu, że przeszłością nie ma się co zajmować, a fizyk potrafi przewidywać przyszłość, choćby w skrawku rzeczywistości. Ten na to odparł, że to typowy punkt widzenia technokratów, i żebyśmy nie zapominali kto jest nauczycielką życia.


JA NA POZIOMIE DRUGIM

Dziś do pracy wpadł matematyk z okrzykiem eureka (był ubrany). „Zacofanie może przyczynić się do rozwoju!”. To było to odkrycie. No tak, wszystko się zgadza. Żeby się rozwijać, trzeba być wcześniej zacofanym. Tak sobie kombinowała humanistka, bo chciała złagodzić ogólne zażenowanie. Nie! Nie o to chodzi. Matematyk opowiedział, jak wczoraj musiał ręcznie wykonać żmudną pracę, normalnie zmechanizowaną. Tak się dotlenił, że po powrocie do domu natychmiast rozwiązał problem nad którym bez powodzenia ślęczał przez pół roku. Czyli zacofanie może przyczynić się do rozwoju.


JA NA POZIOMIE TRZECIM

Nasz matematyk przeniósł się ostatnio do nowego mieszkania. Do luksusowej pustelni. Tak, bo pustelnie nie tylko mogą być ascetyczne, ale także luksusowe. Tam bez żony i dzieci, których nigdy nie miał, będzie oddawał się swoim obliczeniom. Od tego momentu zarażał wszystkich w pracy milczącym nastrojem, tak jak by chciał rozszerzać tę pustelnię na jak największy obszar. Nie było mowy o parapetówce, on nie z tych, chociaż w skrytości obchodził urodziny nalewki. Począwszy od trzeciej rocznicy wyprodukowania tego trunku, co roku 9 października wypijał jeden kieliszek, aby sprawdzić jak się starzeje, a była to nalewka z pigwy. Żeby jakoś uczcić tę przeprowadzkę, humanistka palnęła mowę, a przy okazji głupotę. Życzyła szczęścia, zdrowia i żeby nigdy nie zabrakło mu soli w solniczce, i żeby nigdy nie zabrakło mu pieprzu w pieprzniczce, i żeby nigdy nie zabrakło mu papryki w (i tu się pogubiła, i tu przedobrzyła) papryczniczce. Po poczęstunku zostało 7 kawałków ciasta. Żeby podzielić sprawiedliwie na nas trzech, musiałbym przecinać jedno nożem, a były to kruche z masą, więc zadanie niewykonalne. Rozdam równo: 2 dla matematyka, 2 dla chemika i 3 dla siebie.


JA NA POZIOMIE TRZECIM

Pan Marian też miał coś w sobie. To zrozumiałe, inaczej by u nas nie pracował. Kiedyś zagadnięty, żeby powiedział coś o sobie, odparł: mam podstawowe potrzeby, średnie wykształcenie i wyższe rachunki. On to ukuł sentencję, że postęp widzi w rozwoju emocjonalnym, bo można mieć najnowszy komputer, a wściekać się przy jego obsłudze. W jego ustach nabierało to specjalnego znaczenia. Niestety pan Marian ciężko zachorował. Wszyscy wtedy zawołali chórem: to do doktora Stasia, on go wyleczy.


JA NA POZIOMIE DRUGIM

Do naszego grona dołączył jeszcze informatyk. Był trochę pyszałkowaty, ale zasługiwał na to. Gdy się go o coś zapytało, nie odpowiadał, dodawał jeszcze jedno pytanie, tak że wydawało się, że wie coś więcej. Niechcący chyba wygadał się, że najbardziej lubi ogrywać w szachy tych, którzy mają piękne, drewniane, rzeźbione, drogie szachy. Nie wiadomo było do końca, czy chodzi mu rzeczywiście tylko o grę, czy jest to przenośnia.


JA NA POZIOMIE TRZECIM

Spięcie równa się spięcie. Jak ktoś jest za bardzo spięty, to może dojść do spięcia z kimś innym. I kiedy tak się spinałem pewnego dnia, matematyk zaproponował mi odwiedziny jednego miejsca. Było to leśne rykowisko, gdzie za drobną opłatą, można było na prywatnym terenie wyrzucić z siebie całą nagromadzoną frustrację. Nigdy bym go nie podejrzewał o korzystanie z takich usług. Tak, pod maską mistyka skrywał się uśpiony wulkan. Gdy dotarliśmy na miejsce, właśnie schodził jeden klient krzycząc: oddajcie mi moje życie, to nie jest moje życie. Dopiero kiedy dojrzał nas we mgle, speszył się i przestał krzyczeć. Ja też sobie ulżyłem i przyznaję rację; to pomaga. Nazajutrz spotkałem się z ironicznym uśmieszkiem informatyka i enigmatycznym zwrotem: pokażę ci coś lepszego. Była to firma zajmująca się recyklingiem zużytego sprzętu komputerowego, a po godzinach udostępniająca zaufanym klientom, salę w której mogli do woli rozwalać młotkiem komputery. Obie formy terapii były nielegalne, co jeszcze całej sprawie dodawało smaczku.


JA NA POZIOMIE TRZECIM

Prawdopodobieństwo, że się obudzisz, jest proporcjonalne do ilości budzików, jakie nastawisz. A gdy już dotrzesz do pracy, to się zaczyna karuzela rytuałów i rytualików. Na przykład z tymi ciastkami to jest jakieś szaleństwo. Wiem, że IQ zależy od poziomu cukru, ale teraz jem słodycze, jak mnich buddyjski pożywienie; tylko gdy mnie ktoś poczęstuje. W końcu trzeba zmieścić się w drzwiach przy wychodzeniu z pracy.


JA NA POZIOMIE CZWARTYM

Żeby wyłowić ze społeczeństwa jednostki ponadprzeciętne, które mogą zasilić u nas kiedyś dział szukania błędów, specjalnie umieszczam w naszej encyklopedii błędy trudne do wykrycia. Nikt o tym nie wie, oprócz ścisłej grupy osób niezbędnych do zapewnienia ciągłości. Teraz nie mam już żadnych wątpliwości natury moralnej. Robię to dla dobra sprawy. Mam swoje sposoby kontrolowanego utrzymywania tej mistyfikacji. Proceder uprawiam w okresie świątecznym, kiedy jest najmniejsze prawdopodobieństwo, że ktoś zauważy zmiany wprowadzane w opisie encyklopedycznych haseł. Nasuwa się pytanie: co sprawia, że nikt nawet nie pomyśli o szukaniu błędów w encyklopedii, dopóki sam przez przypadek na taki się nie natknie? To ślepe zaufanie do autorytetów i traktowanie słowa drukowanego, jak wyrocznię.